| Author |
Message |
Roevean
Lieutenant

Joined: 21 Sep 2004
Posts: 128
|
Posted:
21-12-2009 10:57 pm |
|
WWWWhd desfn start
WWWWWWNA: 43275-424 63/01/12
WWWWWWklucz kodowy: AA4-835-000/435-44D-452
WWWWWWmateriał: ściśle tajne
WWWWWWstopień tajności: Rho
WWWWWWtryb wiadomości: tekstowy
WWWWWWrodzaj: uzupełnienie
WWWWWWoznaczenie: pilne
WWWWWWdata: 2363/12/12 12:45:32 czasu BA
WWWWWWautor: GTVI S039585-34243
WWWWWWdo: Sztab Główny GTVA 3429-4, Główne Biuro GTVI 58253-42, Sztab SOC 57359-43
WWWWhd desfn end
WWWDotyczy:
WWWWWWUzupełnienie "Raportu dotyczącego operacji "Mole",
WWWWWWwraz z danymi z przebiegu operacji "Mist" i poprzedzających ją działań SOC w Delta Serpentis"
WWWData: 63/11/21-63/11/14
WWWCelem niniejszego uzupełnienia nie jest znalezienie winnych porażki operacji "Mole", co też zostało zawarte w głównej treści raportu w sprawie zdarzeń z Delta Serpentis i w następstwie, zmasowanego odwrotu z systemu Capella (kopia całego Raportu - dodatek A). Nie jest również celem zdyskredytowanie działań poszczególnych subagencji odpowiedzialnych podmiotów w GTVA, tj. Działu Analiz Strategicznych Sztabu Głównego GTVA (dalej: DASSG), Działu Analiz Taktycznych GTVI (dalej: DAT) i Działu Analiz Taktycznych i Specjalnych SOC (dalej: DATIS), choć należy nadmienić, iż niektóre decyzje, podjęte przez w/w organy, były co najmniej błędne, oparte na niedoprecyzowanych, niesprawdzonych i w paru przypadkach zupełnie przeciwstawnych informacjach (lista decyzji i rozkazów - dodatek A, rozdział 3 Raportu).
WWWWstępna analiza stwierdziła, że głównym czynnikiem sprawczym była zła wymiana informacji pomiędzy poszczególnymi podmiotami i określenie priorytetów, odmiennych dla DASSG, DAT i DATIS. Wiadome jest nie od dziś, że wymienione subagencje rywalizują między sobą o dostęp do ściśle tajnych danych, jak również dotacji, które w świetle zagrożenia ze strony Shivian, nie są niskie. Nie wykluczyła również udziału osób trzecich, których odkrycie i złapanie było celem operacji "Mole" (założenia i plan realizacji operacji "Mole" - dodatek B).
WWWW świetle zdarzeń, jakie zaszły po zniszczeniu Capelli, niniejsze uzupełnienie zostało stworzone po to, by zwrócić uwagę na szczególną koncentrację zasobów ludzkich i sprzętu, w dużej mierze wojskowego, w systemie Epsilon Pegasi (mapa gwiezdna tamtejszego rejonu - dodatek Mapy). Jak również, by poddać analizie działania osób związanych z kontradmirałem Robertem Grishamem oraz samego kontradmirała. Ze wstępnych informacji uzyskanych z różnych źródeł wynika, że pozycja byłego dowódcy GTD "Vesta" w tamtym rejonie rośnie w siłę.
WWWPrzyjmuje się, że fiasko operacji "Mole" łączy się z nagłym pojawieniem się zaskakującej ilości sił shiviańskich w mgławicy. Co nie do końca jest prawdą. SOC, jak i GTVI wiedziało znacznie wcześniej o zagrożeniu płynącym ze strony Shivian w mgławicy, a jednak przystąpiono do realizacji operacji "Mist" i w następstwie dodatkowej, operacji "Mole". Nie przewidziano jednak, że to właśnie wkroczenie do mgławicy grupy GTD "Vesta" może zwabić Shivian. Co też zresztą się stało, dwa okręty typu SJ Sathanas zagroziły powodzeniu misji i siły GTVA musiały dokonać szybkiego odwrotu. Niektórzy sądzą, że właśnie to spowodowało ponowne wkroczenie Shivian do systemu Delta Serpentis poprzez portal Knossos i ostatecznie, zniszczenie Capelli. Biorąc pod uwagę wszelkie późniejsze zdarzenia, nie wydaje się to już takie zaskakujące. A już napewno nie był to przypadek.
WWWGTD "Vesta", po ucieczce z mgławicy, wraz z resztką floty GTVA walczył w systemie Capella przez dobry tydzień, gdzie stracił większość dywizjonów i został poważnie uszkodzony. Co zaskakujące, w obliczu zagrożenia przez przeobrażenie się słońca systemu w supernową, kontradmirał Robert Grisham zignorował rozkaz dowództwa i dowodzony przez niego niszczyciel pozostał w systemie, osłaniając ostatnie transportowce uciekające z Capelli. Nakazał załodze "Vesty" ewakuację w kapsułach, sam zresztą też się ewakuował. Według zeznań świadków kadłub GTD "Vesta" osłonił ich ucieczkę przed pierwszą falą, druga prawdopodobnie zniszczyła okręt (wywiady i zeznania - dodatek C). Bazując na szaczunkowym spisie dokonanym zaraz po zniszczeniu Capelli, czyn Grishama ocalił życie ponad dwudziestu tysięcy ludzi i stworzył z niego lokalnego bohatera. Kilka dni później znów było o nim głośno, kiedy po raz drugi zignorował rozkazy dowództwa i przemocą zmusił ekipy remontowe, by w pierwszej kolejności zajęły się uszkodzonymi transportowcami (szacunkowa liczba osób przebywających na tych statkach to około piętnaście milionów uchodzców z z Capelli). Można zaryzykować stwierdzenie, że w dość zaskakujący sposób kontradmirał Robert Grisham stał się nieoficjalną twarzą i przywódcą wysiedlonych.
WWWCała ta sytuacja jest nie tyle zastanawiająca, co bardziej zaskakująca, gdyż zbyt dużo w niej dziwnie przypadkowych zdarzeń, które doprowadziły do takiego finału. Wszystko potęguje jednak fakt, że obecnie w pozostałych systemach (również w tych objętych rebelią NTF) notuje się wzmożony ruch uchodźców wojennych w kierunku systemu Epsilon Pegasi. Z przeprowadzonych z niektórymi rozmów wynika, że tylko tam, pod partonatem Roberta Grishama, widzą szanse na lepsze życie. A w nim samym wyzwoliciela. Sprawdzone źródła z samego systemu Epsilon Pegasi dowodzą, że kontradmirał, a w zasadzie jego sztab kreuje go na zbawiciela, mesjasza wszystkich uchodźców.
WWWPytania, które pojawiają się po lekturze niniejszego uzupełnienia, nie mogą zostać bez odpowiedzi. Jaki związek mają niektóre błędne decyzje podjęte przez subagencje z tym, co działo się w mgławicy i z tym, co nastało potem? Czy było to zaplanowane? Kto w takim razie pomagał Robertowi Grishamowi? Czy działania Roberta Grishama w systemie Epsilon Pegasi stanowią zalążek czegoś większego? I najważniejsze, czy działania osób związanych z Robertem Grishamem doprowadziły pośrednio do zniszczenia Capelli?
WWWGłówne zalecenie dotyczy ponownego rozpoczęcia operacji "Mole", szczegółowe dane zostały zawarte w dodatku D do niniejszego uzupełnienia.
WWWWft desfn start
WWWWWWZałączniki:
WWWWWW- dodatek A (kopia "Raportu dotyczącego operacji "Mole", wraz z danymi z przebiegu operacji "Mist" i poprzedzających ją działań SOC w Delta Serpentis")
WWWWWW- dodatek B (założenia i plan realizacji operacji "Mole")
WWWWWW- dodatek C (wywiady i zeznania)
WWWWWW- dodatek D (zalecenia)
WWWWWW- dodatek Mapy
WWWWft desfn end
WWWWWWKlucz kodowy ET. Koniec przekazu. |
_________________
 |
|
|
|
 |
c914-2711
Final Five

Joined: 22 Sep 2004
Posts: 4209
Location: SJ 097-9714
|
Posted:
25-12-2009 10:13 pm |
|
Rozmowa dobiegła końca. Robert Grisham z wyraźną ulga opadł na fotel. Gdy tylko zamknął oczy koszmar minionych dni powrócił. Zniszczenie floty zagłada całego systemu, eksodus nielicznych którzy przetrwali. Razem ze wspomnieniami powróciły trudne pytania, czy dobrze zrobił, czy powinien był interweniować? Zaraz odezwało się głośne TAK z podświadomości. Był oficerem, jego zadaniem była służba i ochrona obywateli Sojuszu. Sojuszu który pozostawił ich samych w godzinę w której był najbardziej potrzebny.
Do diabła z Radą Bezpieczeństwa, być może Bosch miał rację? Nie! Nie po tym co Shivanie zrobili z Capellą. Obrazy orgii zniszczenia nieustającej nawet w obliczu zbliżając się fali z supernowej były jeszcze zbyt świeże. Nie, Bosch mylił się, by przetrwać ludzkość potrzebuje nowej drogi.
Odmowa gubernatora Mirandy jedynej terra kompatybilnej planety w Epsilon Pegasii utwierdziła admirała, że ścieżka która obrał była właściwa. Postawą władz planety nie był zaskoczony, Miranda nie była przyjaznym środowiskiem dla ludzi. Jedyne obszary gdzie istniały odpowiednie do życia warunki ograniczały głębokie kaniony i rozpadliny. Resztę czyli ponad 95% powierzchni planety zajmowały jałowe równiny, wystawione na działanie zabójczych promieni UV pobliskiej gwiazdy.
- Hieny już skrobią o drzwi – Admirał wymownie spojrzał na wyjście zza którego dobiegały stłumione odgłosy dyskusji. - Uchodźcy potrzebują nowego miejsca do życia. Miranda go nam nie da. Epsiolnn Pegasi przed wojną był silnym, dostatnim systemem, jego bogactwo leżało w przestrzeni. Setki stacji, baz wydobywczych w większość opuszczona, lub uszkodzona, wisi bezpańsko w przestrzeni. Skarb po który wystarczy tylko sięgnąć moja droga Liso.
- Porucznik Akitsuki zaraz zajmie się analizą dostępnych miejsc.
- Co ja bym bez ciebie zrobił?
- A co bez pana zrobiliby uchodźcy? - szybko zripostowała.
Admirał wzruszył tylko ramionami. Pewnie nic, dlatego jestem im potrzebny, ktoś musi ich poprowadzić. Padło na mnie, więc wywiąże się z postawionego mi zdania najlepiej jak potrafię.
- Chodźmy, kapitanowie statków już zaczęli się zbierać.
Grisham prężnym krokiem wyszedł z sali obrad, która jeszcze kilka dni temu była jedną z kajut medycznych na fregacie klasy Hipocrates. Tuż za nim, nie ustępując kroku wyłoniła się komandor Lisa Petric.
-Admirale? - Z grupy osiemnastu osób czekającej przed wejściem wyłonił się barczysty mężczyzna. Jeszcze dwa tygodnie temu był burmistrzem największego miasta w Capelli. Teraz pozbawiony dawnego stanowiska i autorytetu próbował wywalczyć pozycje wśród nowo rodzących się władz uchodźców.
Kontradmirał zignorował pytającego i skierował się, prosto do windy. Odezwała się za to komandor stając na wprost dawnego burmistrza.
-Gubernator nie wyraził zgody na lądowanie wszystkich statków. Pozwolił jedynie na transport najciężej rannych, chociaż jak się wyraził „Jest pewien iż statki medyczne floty dysponują znacznie lepszym wyposażeniem i personelem niż kolonia”.
- To wszystko?
- Z jego strony tak. - Zabrał głos stojący już w windzie Grisham. - Z naszej nie! Zwołuje obrady Tymczasowej Rady Uchodźców Capelli za dwie godziny. Komandorze? - dowódca gestem wskazał kobiecie miejsce obok we wnętrzu kabiny windy.
Drzwi jeszcze dobrze nie zasunęły się gdy burmistrz Karpanelli wycedził przez zaciśnięte usta:
- Jak długo mamy znosić impertynencję tego admirałka? Za kogo się on uważa?! Ocalił kilka istnień i myśli że każdy będzie mu nadskakiwał i usłużnie przytakiwał.
- Tak, jakim prawem wydaje nam ciągle rozkazy. Shivanie odeszli, NTF zostało pokonane, wojna skończyła się! - zawtórował burmistrzowi ktoś z tyłu.
- Panowie spokojnie – Odezwała się do niedawna piastująca stanowisko radnej w rządzie Capelli Eloise Doi. - Admirał ma teraz zbyt silną pozycję by wskazać mu jego miejsce w szeregu. Wszyscy go kochają, za to co zrobił w Capelli i zaraz po. Wszędzie panuje chaos po wojenny, Rada Bezpieczeństwa Sojuszu nie może, a jestem pewna że nie chce go usuwać ze stanowiska. Po prostu jest zbyt dobry w tym co robi, trzyma na krótkiej smyczy ponad piętnaście milionów ludzi. Jako środek tymczasowy jest niezastąpiony.
- Nie często miałem okazje zgadzać się z Eloise ale ma rację – wtrącił Mark Hunning kolejny przedstawiciel dawnego establishmentu koloni. - Jeśli chcemy powrócić na świecznik powinniśmy uzbroić się w cierpliwość. I powoli odbudowywać nasze poparcie wśród uchodźców oraz Rady GTVA. Czas działa na naszą korzyść, dobra passa Grishamowi w końcu skończy się i podwinie nogę. Wtedy my będziemy gotowi zastąpić go i zająć stosowne dla nas miejsce na szczycie.
- To może trwać miesiące Mark, nie możemy dać o sobie zapomnieć. Admirał ma teraz spotkanie z kapitanami statków floty uchodźców, wykorzystajmy wiedzę która posiadamy.
- Konferencja prasowa? - spytał burmistrz.
- Oczywiście - odparła z powagą radna Doi. - Nie wszyscy pismacy ze StarNetu powymierali w Capelli, mam jeszcze kilka aktywnych kontaktów. A i miejscowi reporterzy z chęcią pochwycą nowy temat.
Burmistrz wyraźnie poweselał słysząc propozycje radnej.
- Wspaniale. Admirał będzie wściekły.
- A zdenerwowani ludzie popełniają błędy – Spokojnie dodał Mark Hunning szczerząc zęby.
***
Eloise Doi ubrana w nieskazitelną, drogą garsonkę zgodną z najnowszymi trendami mody przestała wygłaszać komunikat Tymczasowej Rady Uchodźców Capelli.
- Rob, na Litość Boską i i wszystkich Vasudańskich Przodków wyłącz ten pierdzielnik. Dwa, dosłownie dwa tygodnie minęły, a męty już dorwały się do mikrofonu. Nawet totalna zagłada systemu nie może ich uciszyć.
- Tyaa – rozmówca przeciągle odpowiedział. - Ciekawe czemu to Grisham nie wystąpił.
- Bo jest zajęty? - drwiąc odpowiedział przyjaciel Roba, Jacob Heathrow. Razemsłużyli na pokładzie Franczeski transportowca klasy Poseidon, który od czasów pierwszej wielkiej wojny znosił trudne warunki przestrzeni kosmicznej. Teraz służył za wątpliwej jakości hotel da tysiąca uchodźców.
- Człowiek na głowie ma piętnaście milionów dusz. - Jakob kontynuował - I tak już dużo zrobił, dzięki niemu dostaliśmy darmowy przegląd statku i podzespoły. Jednym rozkazem przegrupował bezwiedną masę stateczków we flotylle po kilkadziesiąt jednostek, wysłał do każdej swoich najlepszych oficerów, ci zorganizowali dostawy jedzenia sprzętu i tak dalej. Uchodźcy wpatrują się w niego jak w obrazek. Nie ma co narzekać mogło być znacznie, mówię ci znacznie gorzej. Pamiętam Deneb. Razem z kapitanem byliśmy tam kiedy pieprzone rebelianckie szumowiny, żeby im przestrzeń była mroczną i zimną, postanowiły przejąć system. A ty postanowiłeś wziąć tydzień wcześniej miesięczny urlop. Flota zarekwirowała starą Franczeskę i upchała na pokład jak sardynki Vasudanskich uciekinierów. Boże jaki to był chlew.
- Tak... Opowiadałeś już.
- Przez tydzień tłukliśmy się po Aldebaranie bez jedzenia, odpowiednich systemów podtrzymywania życia, uzdatniania wody. Koszmar który...
- Mnie ominął – odparł rzeczowo Robe kończąc jego zdaniem przy długi wywód przyjaciela.
- Cham z ciebie wiesz? O cholera... - Jakob prawie krzyknął nim kompan zdążył cokolwiek odpowiedzieć - A zapowiadał się kolejny spokojny, nudny dzień, nie żebym miał coś przeciw, ale ile można. Filtry powietrze na pokładzie trzecim znów świecą na czerwono.
Jacob wskazał na migocząca ikonkę na pulpicie systemu kontroli uszkodzeń.
- Heh... pewnie g**** jeszcze raz zapchali je papierami.
- Teraz będziemy wiedzieli którzy to – Z dumą odparł Jacob – Tym razem kamery nagrały całe zajście, wyłapiemy małolatów i damy im nauczkę tak żeby nas zapamiętali do końca swojego długiego życia.
- Motyw ze śluza?
- Oczywiście!
Obydwaj głośno roześmiali się i leniwie podnieśli z siedzisk. Każdy miał nadzieję, że kapitan powróci z rozkazem by wyrzucić za burtę zbędny ładunek cywili i zacząć wreszcie zarabiać na prawdziwym frachcie. |
_________________
SCI-FI Blog | Moja strona z portfolio
|
|
|
|
 |
Psychoo
Final Five

Joined: 21 Sep 2004
Posts: 1930
Location: GTD Northolt
|
Posted:
27-12-2009 09:52 pm |
|
GTI Loxely,
Tymczasowe Centrum Koordynacji działań Floty w Epsilon Pegasi
Kwatery 185th Shadowcats
Komandor Alexandro Cordova próbował się zdrzemnąć. W ośmioosobowej kwaterze przeznaczonej dla podoficerów nie było to łatwym zadaniem. Jones, ten z koi znajdującej się bezpośrednio nad łóżkiem Cordovy, nie miał z tym najmniejszych problemów. Od godziny chrapał jak pijana orkiestra dęta. No, ale Jones przez pół roku służył w maszynowni na krążowniku, a o tym że personel techniczny jest w stanie zasnąć wykorzystując nawet wyjący alarm w charakterze poduszki komandor wiedział od dawna.
W środku kajuty, przy małym metalowym stoliku zebrała się czwórka pilotów. Cordova znał ich pobieżnie. Choć od dwóch tygodni dzielili kajutę, to okazji do nawiązywania kontaktów nie było zbyt wiele. Patrole, misje ratunkowe, a w wolnym czasie tony papierkowej (czy raczej klawiaturowej) roboty skutecznie redukowały szanse komandora na posiadanie życie prywatnego. Rzadkie momenty wytchnienia, takie jak ta, starał się wykorzystać w najbardziej produktywny sposób, czyli urwać sobie choć kilka godzin snu.
Ten jednak nie nadchodził. Spod przymkniętych powiek komandor zaczął obserwować grających. Niska blondynka w źle dopasowanym, na dodatek rozpiętym mundurze zaśmiewała się z własnego kiepskiego żartu. Wtórował jaj ogolony na łyso barczysty chłop o spojrzeniu barowego wykidajły, a ulizany chłoptaś z przyklejonym do gęby głupawym uśmieszkiem polewał do kubków coś, co na pewno nie było regulaminowym napojem regenerującym. Żadne z nich nie było prawdziwym pilotem... i pewnie nigdy nimi nie zostanie. Biedne dzieciaki z łapanki, skuszone jakąś idiotyczną kampanią propagandową, mające załatać dziury po prawdziwych pilotach. Których po rebelii NTF i Drugiej Inwazji Shivan rozpaczliwie Sojuszowi brakowało.
Ostatni z grających, szpakowaty facet któremu Reyan wpisałby w metrykę jakieś czterdzieści pięć lat, z wprawą tasował karty. Wprawa była tak wielka, że pozostała trójka – sądząc po wysokości rosnącego przez mężczyzną stosu banknotów, kuponów do kantyny i innych drobnych kosztowności – dała się już orżnąć na jakieś trzysta kredytów. Dokładnie w tej chwili szuler zręcznie sięgnął po kolejną ukrytą kartę, symulując popijanie ze schowanej pod kurtką piersiówki. Nikt z zasmarkańców niczego nie zauważył. Piramida drobiazgów wzrosła o kilka kuponów na specjalne zakupy w kantynie i jeden grawerowany nóż.
-W bierki grać, kretyni, a nie w pokera.. - mruknął do siebie Reyan, marszcząc brwi. W tej samej chwili poczuł na sobie spojrzenie. Szpakowaty kanciarz, Heist, albo Weist – komandor nie pamiętał jego imienia – mrugnął porozumiewawczo, zapraszając do gry. Trudno powiedzieć, czy zdecydował się zaryzykować i przetestować bystrość swojego dowódcy, czy może chciał pozwolić mu wygrać, myśląc że w ten sposób kupi sobie przychylność... tak czy owak pomylił się. Stos przedmiotów na stole był dość pokaźny, ale nie na tyle pokaźny, żeby Cordova spędził choć sekundę na rozważaniu propozycji. Ograniczył się do obdarzenia mężczyzny przeciągłym spojrzeniem, pozwalając by jego wzrok zatrzymywał się na wszystkich zakamarkach, z których tamten czerpał swoją przewagę w grze. Szuler był bystry, zrozumiał przekaz, i z kamienną twarzą powrócił do skubania swoich współskrzydłowych.
Wkomponowany w ścianę zegar odmierzył kolejny kwadrans, a upragniony sen nie nadchodził. Komandor popatrzył jeszcze przez moment na swoich ludzi. Zupełnie obcych ludzi. W niczym nie przypominali zgranej paczki zabijaków, jaką jeszcze do niedawna był 185th. Byli źle wyszkoleni, niezdyscyplinowani, leniwi, nie mieli większego pojęcia Flocie, nie mówiąc o poświęcaniu jej czegokolwiek. Mieli tylko jedną przewagę nad starym składem Shadowcats – byli żywi.
Albo zacznę z nich robić pilotów teraz, albo już na zawsze będzie za późno. Tylko czy oni zechcą nimi być? – pomyślał. Wstał łóżka, spłukał twarz pod kranem. Podkomendni obdarzyli go przelotnym spojrzeniem, nie przerywając gry. Reyan otworzył swoją szafkę i sięgnął po mundur. W milczeniu przebrał się, zastanawiając się nad treścią przemowy którą za chwilę wygłosi. Wybrał nawet kilka różnych wersji. Gdy zapinał kaburę pistoletu, upewniwszy się wcześniej że broń jest sprawna, zdał sobie sprawę, że zapomniał wszystkich słów, które sobie przygotował. Nigdy nie byłem dobrym mówcą – przeszło mu przez myśl.
-BACZNOŚĆ! – ryknął do grających, którzy skupieni nad kolejnym rozdaniem nie zauważyli, że do nich podszedł. Blondynka w niedopasowanym kombinezonie zareagowała pierwsza. Wstała z trzaskiem odsuwanego krzesła, zapomniawszy o trzymanych w ręku kartach. Po chwili zreflektowała się i spróbowała je odłożyć nie naruszając postawy zasadniczej. Karkołomne zadanie zakończyło się rozsypaniem kart pod nogami, i pozostawiło na twarzy pani chorąży Buckett piękne, ciemnoburaczane wypieki wstydu. W tym czasie pozostała trójka wstała, starając się przybrać pozycję najbardziej przypominającą „baczność”. Bo przepisowej musztry nikt ich porządnie nie nauczył, zresztą przy tygodniowym kursie wstępnego szkolenia wojskowego było to niewykonalne.
-BACZNOŚĆ, powiedziałem! – od głosu Reyana wibrowały ściany – Macie pięć sekund, żeby stanąć przede mną na baczność.. trzy.. dwa.. jeden. WSZYSCY DWADZIEŚCIA PIĘĆ POMKEK! Może jak dotlenicie mózg, przypomnicie sobie jak wygląda postawa zasadnicza.
Przy trzeciej próbie Reyan był zadowolony. A raczej szkoda mu było czasu na przedłużanie tego pośmiewiska.
-Chorąży.. Tina Buckett – odczytał z naszywki na kombinezonie – ile misji bojowych macie za sobą?
-Jedną, Sir! – odkrzyknęła, całkiem regulaminowo.
-Na czym polegało wasze zadanie?
-Przelot z bazy Pegasi VI na instalację Loxley, Sir!
Reyan miał ochotę ciężko westchnąć, na co jednak nie chciał sobie pozwolić stojąc twarzą w twarz z pilotami. Przelot na miejsce służby został zakwalifikowany jako misja bojowa! Pięknie! Zero marnotrawstwa paliwa na jakieś głupie patrole! Gryzipiórek na Pegasi VI który to wymyślił powinien dostać medal za gospodarność. A zaraz potem zostać rozstrzelany za obniżanie wartości bojowej świeżo upieczonych pilotów.
- Czy uczestniczyliście w manewrach w przestrzeni? – drążył Reyan.
- Tak, sir! – odparła chorąży Buckett- Jednym z punktów misji treningowej był pojedynek z przeciwnikiem przy użyciu prawdziwej broni! Jedynie uszkodzenia były symulowane, sir!
- Kto był waszym przeciwnikiem? – komandor po raz pierwszy spojrzał na podkomendną z zainteresowaniem - Instruktor z bazy?
- Ja, sir!- głęboki baryton należał do łysego olbrzyma, nazwiskiem Gregor Jered – Razem z chorąży Buckett stacjonowaliśmy w tej samej bazie szkoleniowej. Otrzymaliśmy rozkaz przeprowadzenie symulowanego pojedynku w drodze na GTI Loxley, sir.
Reyan wolnym krokiem okrążył całą czwórkę. Wyglądali na przestraszonych, pierwszy raz od dwóch tygodni. Cholera – pomyślał - najwyższy czas.
- Teraz wy, żołnierzu – słowa były skierowane do gogusia z przyklejonym uśmiechem – Gdzie ukończyliście trening i ile macie za sobą lotów?
- Baza zaopatrzeniowa Tango Halo III, sześć lotów bojowych, sir!
- Sześć lotów... – komandor nachylił się nad młodzieńcem, tak że tamten zapadł się kilka centymetrów w podłogę pod jego spojrzeniem – Jakiego rodzaju lotów?
- Eskorta konwojów, sir! Baza Tango Halo III leży obok węzła skokowego do Polaris. Ten układ gwiezdny najbardziej oberwał w czasie rebelii NTF i dlatego...
- Wiem, jak wygląda nasza sytuacja w Polaris – przerwał mu Cordova – Dlaczego nie otrzymał pan przydziału na miejscu, chorąży Scoll? Przy bajzlu, jaki tam teraz panuje, każdy myśliwiec jest na wagę złota.
- Mój przełożony... i wszyscy moi koledzy ze skrzydła.. oni trafili pod sąd wojskowy, Sir. Ich proces jeszcze się nie zakończył
- Przemyt? – domyślił się Cordova. Młodzieniec potwierdził.
- Głownie żywność. Nie uwierzył by pan, ile zdesperowani ludzie mogą zaoferować za kontener śmierdzącej wojskowej mielonki, sir.
- Brałeś w tym udział, chorąży?
Scoll się nie odezwał. Zapadła cisza.
- Pytam się, czy brałeś w tym udział, Scoll!
- W trakcie śledztwa zostałem oczyszczony z zarzutów...
- Nie pytam o śledztwo – po raz kolejny przerwał Reyan - Pytam czy brałeś udział w przemycie.
- N..n.nie sir!
Komandor skinął głową. Podszedł do ostatniego z chorążych. Mężczyzna był mniej więcej w jego wieku. Starannie ogolony, stał na baczność jak należy. Na zadbanym kombinezonie widniało nazwisko Weiser. Johan Weiser.
- Pańska kolej, chorąży Weiser. Ostatnia baza i ilość zadań bojowych.
- Lotniskowiec GTD Retaliator, system Adhara, trzy misje bojowe – odrzekł tamten miękko - Dwie typu CAP, jedna eskortowa, sir.
- Dlaczego wstąpił pan do floty, chorąży?
- Ponieważ Sojusz mnie potrzebuje, sir – odparł tamten, nie starając się ukryć drwiny – Jakże mógłbym mu odmówić?
Cordova nie przejął się drwiną. Zbliżył się do mężczyzny i wyszeptał mu w twarz, wolno i wyraźnie:
- Chorąży Weiser.. na ironię będziesz mógł sobie pozwolić po roku służby liniowej. A w moim towarzystwie prawdopodobnie nigdy, bo nie lubię zbyt pewnych siebie szulerów – mówiąc to wyłuskał z kurtki Weisera trzy ukryte karty i rzucił je na podłogę, tak żeby pozostali je widzieli – A teraz odpowiedz na moje pytanie, oszczędzając sobie i kolegom dalszego dotleniania mózgu w czasie kiedy ja będę po kolei sprawdzał wasze dossier w bazie danych.
Cordova uciął gniewne pomruki pozostałej trójki. Weiser długo milczał, ale chyba w końcu stwierdził, że nie ma ochoty podpadać kolegom jeszcze bardziej.
- To długa historia, sir. Piętnaście lat temu służyłem na GTD Venus. Brałem udział w zwalczaniu piractwa w regionie Adhary i Procjona. Moja eskadra została złapana w pułapkę, wywiązała się bitwa... Kiedy wszystko się skończyło, zostałem sam w uszkodzony Herculesie. Nigdy nie wróciłem do bazy. Sprzedałem myśliwiec na czarnym rynku, rozkręciłem mały biznes. Sprawa przyschła.
Dwa nieopierzone kurczęta, jeden niedoszły przemytnik i jeden dezerter – pomyślał Reyan - Jeśli to jest jedna czwarta mojej nowej eskadry, to nie chcę znać pozostałych..
- Capnęli mnie pod sam koniec Drugiej Inwazji. Wtedy każdy pilot się liczył, ktoś musiał znaleźć na mnie jakieś materiały w bazie danych i moja sprawa wypłynęła... dostałem wybór, albo lecę na front albo dożywocie w kopani uranu. Nie zastanawiałem się długo... sir.
- Cokolwiek sobie teraz nie myślisz, chce żebyś pamiętał o jednym, chorąży. To się tyczy wszystkich was. Jeśli za kilka lat opuście eskadrę, nie będziecie już tymi samymi ludźmi. Coś się w was zmieni, świadomie, albo nieświadomie. Flota nie zrobi z was lepszych ludzi. To bzdura, którą karmi was propaganda. Flota nie potrzebuje dobrych ludzi. Flota potrzebuje sukinsynów zdolnych do wykonania każdego rozkazu. Każdego! – w oczach komandora zapaliły się niebezpieczne iskierki - Nikt przed tym nie ucieknie, choć możecie próbować – wymowne spojrzenie zawisło na twarzy Weisera.
- Niektórzy z was będą walczyć, żeby się zmienić. Inni będą walczyć, żeby się nie zmienić. To jest walka ze sobą. Czasem jest potrzebna, w nadmiarze może zaszkodzić. Ale tam, w przestrzeni, kiedy będziecie lecieć skrzydło w skrzydło, musicie zapomnieć o tej walce. Tam liczy się tylko walka z wrogiem, kim lub czymkolwiek nie jest. Nie musicie stać się przyjaciółmi na pokładzie Loxley. Ale jeśli chcecie przeżyć najbliższe kilka miesięcy, to lepiej już zacznijcie budować zaufanie. Albo idźcie się zmierzyć, żeby kapelan mógł przygotować trumny. Wasz wybór. Zrozumiano?
- Tak jest, sir!
- Spocznij. A teraz jazda na symulatory. Symulacja szkoleniowa TSM 112d, 4 poziom sztucznej inteligencji. Ruszać się!
Po chwili po pilotach 185th nie było śladu. Jones przewrócił się na drugi bok i mruczał przez sen o systemach alarmowych, które nie dają mu się wyspać. Cordova zebrał rozrzucone na podłodze karty, dołączył je do talii i pozostawił na stole.
Spojrzał w górę, na wirujący wentylator. Taki sam, jak na Orionach. Taki sam, jak na Veście. Bena, Derro, Huamendez, Veucer, Raham, Warren i Vance. Jeszcze pół roku temu wszyscy oni zasypiali, słuchając tego miarowego szumu. Teraz ich zimne szczątki latają gdzieś w Capelli, Gammie Draconis i dalej, w mgławicy. Bena mówił, że przypomina mu gigantyczne wiatraki produkujące prąd na jego rodzinnej planecie, Sepentis Maior. Cordova obiecał że kiedyś się tam wybierze i miał zamiar dotrzymać słowa. Zgasił światło i wyszedł, kierując się w stronę hangarów. Porucznik Quay Fleatis powinna była właśnie lądować po powrocie z patrolu.
***
-Tu porucznik Fleatis, 185 eskadra zwiadu, proszę o pozwolenie na dokowanie.
-Tu kontrola Loxely, hangar myśliwski wolny, ścieżki 1 i 2 są wasze. Miło was widzieć w jednym kawałku, poruczniku.
-Zrozumiano, Loxely. Do zobaczenia w kantynie.
Cztery maszyny klasy Loki rozdzieliły się na dwie pary. Dok myśliwski instalacji mógł przyjąć nawet sześć myśliwców jednocześnie, ale cztery z nich zostały zmodyfikowane, by móc przyjmować mniejsze transportowce cywilne. Które krążyły wokół instalacji jak ćmy dokoła lampy.
- Jezu.. co za bałagan - porucznik Elen Gessler skomentowała stado szalonych pcheł wypełniające ekran radaru - Współczuję facetowi który próbuje nad tym zapanować. Ja na pewno już dawno podałabym tej hołocie namiar na kurs kolizyjny.
- Co ty wygadujesz, Elen – obruszył się chorąży Max Larson – Ci ludzie nie są niczemu winni. Stracili swój dom, i zanim znajdą nowy, muszą gdzieś się podziać.
- Jaki znów dom – zaprotestowała Elen– Sama słyszałam, jak domagali się zajęcia GTI Loxley. Przylecą, zdemolują i rozkradną co się da, i polecą dalej. Gdyby im zależało na domu, nie siedzieliby tutaj, w przestrzeni! Miejsca w koloniach wystarczy dla wszystkich.
- W kopalniach uranu może i tak – sarknął Max – Chcesz się ich pozbyć jakby byli dla ciebie problemem. To oni mają teraz problemy, nie ty!
- Chciałabym się ich pozbyć, zanim staną się problemem – szepnęła Elen.
Pilotowany przez nią Loki, wraz z maszyną Maxa, zagłębiły się w gardziel hangaru.
***
Porucznik Fleatis podchodziła do lądowania w drugiej kolejności. Zręcznie wstukaną kombinacją klawiszy zażądała raportu o stanie myśliwca. W odpowiedzi pryrządy zamrugały uspokajającą zielenią. W czasie patrolu nie spotkali wroga, więc maszyna nie powinna robić problemów... ale jak to mówią, przezorny zawsze ubezpieczony. Odsunęła sprzed oczu kosmyk włosów który jakimś cudem wydostał się spod hełmu i uruchomiła automatyczną procedurę lądowania.
Myśliwiec zredukował ciąg, przyhamował lekko na dziobowych silniczkach manewrowych i powoli wleciał do pierwszej śluzy. Automatyczny pilot posadził maszynę na podeście dopasowanym do jej kształtu. W tym momencie wyłączały się systemy mogące stanowić zagrożenie w przypadku uszkodzenia, przede wszystkim reaktor oraz silniki. A przynajmniej powinny się były wyłączać. Tymczasem, choć kontrolki wygasły, delikatna wibracja i charakterystyczne buczenie z tylnej części maszyny nie pozostawiało wątpliwości. System nie zaskoczył. Na master override również nie chcesz reagować.. co z tobą – pomyślała Fleatis, pstrykając martwym przełącznikiem.
- Niech to szlag – zaklęła – Loxley, tu porucznik Fleatis. Automatyczny pilot nawalił, nie wyłączył systemów. Silniki główne i reaktor wciąż pracują.
- Tu kontrola Loxley. Poruczniku, macie jakieś uszkodzenia czy to zwykła awaria?
- Uważam że to awaria. Nie mieliśmy kontaktu z nieprzyjacielem, a maszyna jest świeżo po przeglądzie. Technicy musieli czegoś nie dopiąć.
- To głupstwo, nie masz się czym przejmować. Dźwig zaraz Cię wyciągnie.
Quay westchnęła, czekając aż metalowa łapa chwyci i uniesie kadłub na swoje miejsce w hangarze. Wiedziała, że kontroler ma rację. Dawniej ,w czasie Wielkiej Wojny, myśliwce lądowały z włączonymi systemami. Z czasem jednak, dla bezpieczeństwa, zrezygnowano z tego. Najpierw tylko w przypadku uszkodzonych maszyn, a po kilku latach stało się to obowiązującą regułą.
W pewnym uścisku żurawia mały myśliwiec przejechał kilkanaście metrów pionowego łącznika i pojawił się na pokładzie hangarowym. Hełm porucznik Fleatis dopasował się do intensywnego światła, kiedy rozglądała się w poszukiwaniu znajomych twarzy Główny hangar myśliwski był sercem każdego niszczyciela i każdej stacji bojowej. Stanowił mały wszechświat, tętniący życiem dopóki, dopóty istniał dany okręt lub stacja.
Porucznik nie było dane się nad tym zastanowić. Z niepokojem zauważyła wzrost mocy w reaktorze i w silnikach głównych. Metalowa łapa trzymająca myśliwiec ze zgrzytem zaprotestowała, kiedy silniki dały o sobie znać zbyt mocnym impulsem.
-Kontrola, tu porucznik Fleatis.. mam poważny problem, silni...
Słowa urwały się, kiedy potraktowany radiowym impulsem automat włączył pełny ciąg i uruchomił dopalacze. Ramię dźwigu utrzymało go w miejscu przez mniej niż sekundę. Jak wystrzelony z procy myśliwiec pomknął wprost na spotkanie ze ścianą hangaru.
Wstrząs był odczuwalny na całej stacji. Pięć minut później wyły już alarmy uszkodzeniowe, a drużyny remontowe z całej stacji biegły na złamanie karku na miejsce katastrofy. |
_________________
 |
|
|
|
 |
Don Vid
Final Five

Joined: 21 Sep 2004
Posts: 1258
Location: NTD Repulse, Epsilon Pegasi System
|
Posted:
27-12-2009 11:31 pm |
|
Drzwi zamknęły się za ostatnim pacjentem. Filiżanka z resztką chłodnej już kawy dotąd ukryta skrzętnie na półeczce pod blatem masywnego biurka ujęta wprawnym, choć nieco zbyt sztywnie wystudiowanym ruchem palca wskazującego i kciuka powędrowała do ust znudzonej doktor porucznik Felicity Thornway.
- I co sądzisz o tym ostatnim, Evans? – zapytała lekarz, odstawiając naczynie, na którego dnie pozostały smętne fusy po całkiem niedawno niezłej jeszcze przecież kawie. Oryginalnej, mielonej, pochodzącej z prywatnych zapasów, nie żadnym syntetyku z zaopatrzenia.
Podporucznik Evans Dedrovsky, magister psychologii i młodszy asystent psychiatra przeciągnął się na swoim fotelu i wywalił nogi na blat biurka. Taka pozycja pomagała mu się wyluzować i zapomnieć o problemach związanych z pracą. O problemach innych ludzi.
- Deprecha jak stąd do Betelgezy. Przepiszemy mu jakiś Pozytrox i będzie spokój na najbliższe dwa tygodnie. Do tego czasu może dostanie przeniesienie i przestanie nam zawracać głowę.
- Dobrze to ująłeś. Nie spodziewałam się, że ucząc się w akademii o syndromie wygnańca będę miała okazję diagnozować to zjawisko masowo. Nie podczas służby we Flocie. W każdym razie chorąży… – zerknęła znad okularów w dane pacjenta – Stevens na razie nie nadaje się do pełnienia służby do czasu otrzymania leków. Czyli mniej więcej do jutra rana. Jak to dobrze, że jesteśmy tacy skuteczni, bez nas cała ludzkość by wyginęła po pierwszym starciu z koszmarkami.
- Wiele nie brakowało… Wyobraża sobie to pani porucznik? Święty spokój! Żadnych schorzeń psychicznych w promieniu paru galaktyk.
- Daj spokój. Wariaci są potrzebni. Inaczej nie mielibyśmy co robić i kazali by nam jeszcze fruwać w tych metalowych trumnach albo bawić się w obsługę techniczną.
- Latała pani kiedyś? – zainteresował się asystent. Dogadywał się z nową przełożoną dość dobrze, ale jeszcze nie miał okazji poznać pełnej listy tematów, której poruszać w jej obecności nie powinien.
- Niestety. – Thornway odpowiedziała tonem sugerującym koniec tematu.
Dedrovsky zrozumiał. Zamiast dociekać niewygodnych detali, wyciągnął z nieregulaminowego plecaka termos z naparem własnej produkcji. Nacisnął guzik odpowiedzialny za podgrzewanie płynu i gdy urządzenie wydało z siebie melodyjne piknięcie otworzył je i przelał część zawartości do kubka. Zanim zdążył jednak zakręcić naczynie, parujący jeszcze płyn znalazł się na jego mundurze. Termos wyleciał mu z rąk i z brzdękiem wylądował na podłodze. Jego zwierzchniczka próbując zachować równowagę spadła z krzesła pod swoje biurko. Szafka stojąca do tej pory pod ścianą odskoczyła z trzaskiem wyrywanych listew, rozsypując swoją zawartość po całym pomieszczeniu. Poprzez głośniki umieszczone przy drzwiach i te na korytarzach rozwyły się syreny alarmowe.
- Jasna cholera! Znów ktoś nas atakuje czy co?! Nie wstyd kopać leżącego?! – warknęła Felicity gramoląc się z podłogi i próbując uwolnić lewą nogawkę wkręconą w kółko od przewróconego fotela. Evans, jednocześnie klnąc i skacząc, dość nieporadnie próbował w tym czasie zedrzeć z siebie poplamioną wrzątkiem bluzę mundurową.
- Nie wiem, co to było, ale jeśli obrona przeciwlotnicza znów przegapiła jakąś asteroidę, to zapiszę im na ten tydzień TAKIE LEKI, że… - Thornway nie dokończyła. Rozległo się pikanie jej służbowego komlinka.
- Doktor Porucznik Thornway.
- Pani porucznik, mamy problem w hangarze myśliwskim. Są ranni i nie tylko. Jest pani potrzebna.
- Przyjęłam. Zaraz tam będę. – szybkim gestem wyłączyła urządzenie i sięgnęła do na wpółleżącego pogiętego wieszaka po swój biały kitel pozwalający zidentyfikować ją jako personel medyczny. – Cholerne kłopoty z cholernymi pilotami. Brawura, popisy, akrobacje, no i efekty jak widać. Jak zwykle. – mruknęła pod nosem, zawiązując biały pasek na kokardkę.
- Evans, przestań tańczyć, bierz apteczkę i idziemy. Wygląda na to, że znów dostaliśmy kilka nadprogramowych przypadków PTSD w prezencie. |
_________________ Rank: Captain
ID: Don Vid
Wing Status: 88th Shadow Foxes Leader
Faction: Neo-Terran Front
Pilot Status: Veteran
FRED skill: Dark Master
Mod skill: Advanced
This's my own territory. You have been warned.
Sheriff D. Vix |
|
|
|
 |
|
|
|
|
View next topic
View previous topic
You cannot post new topics in this forum You cannot reply to topics in this forum You cannot edit your posts in this forum You cannot delete your posts in this forum You cannot vote in polls in this forum |
Powered by phpBB
© 2001, 2002 phpBB Group :: Theme & Graphics by Daz
All times are GMT + 1 Hour |